Główna Bohaterowie

czwartek, 23 stycznia 2014

Rozdział VIII

8 komentarzy:



   

        Desmond POV VI

Rozdział VIII- Cała prawda.
                        Wielki, żelazny stół nie był wygodnym siedziskiem, ale moją uwagę owracała Elizabeth, która opowiadała swoją, a raczej moją historię.
  -Twój ojciec, ten prawdziwy- Ventius, zakochał się w Megan, z którą miał dwoje synów. Nadali im imiona- Dante dla młodszego z bliźniaków, a Vergil dla starszego.
  -Czyli, że mam brata?!
  -Wychowywał się razem z tobą w niebie, ale opóścił je przed tobą. Kilka miesięcy potem pałac Megan został zaatakowany. Twoja matka chcąc cię chronić usunęła twoje wspomnienia i wysłała twe ciało na Ziemię, a twoja „rodzina” nawet o tobie nie wie. Vergil ma takie same moce jak ty. On tylko  odkrył ich więcej i je udoskonalił. Zna zastosowanie większości z nich, niektóre są niestaty niebezpieczne. Umie także o wiele lepiej od ciebie walczyć. Ty musisz trenować, a twoim nauczycielem będzie Mary.
  -A! Ona!- powiedziałem- Dobra jakoś przeżyję. Opowiedz mi teraz o tym mieczu i dlaczego jest tak dziwnie zamknięty?
  -Klatkę może dotknąć tylko Nefilim. Czyli ty i twój brat, w niej znajduję się potężna broń- Mściciel. Vergil posiada podobną.Jest to magiczny miecz.
  -Nie dzięki. Wolę moje noże, ale kuszę mogę sobie wziąć.
  -Dante, wspominałam już, że to magiczny miecz…! Zazwyczaj jest „tylko” potężnym mieczem, ale jeźli tego chcesz może być czymkolwiek. Kuszą czy nożem, nawet pistoletem, nie ma żadnych ograniczeń. Prócz tego, że to musi być broń.
  -Czyli miecz może się zmienić w kuszę z bełtami, czy wyżutnie rakiet z rakietami?
  -Tak to działa. No, mniej więcej.
  -To znaczy?
  -Nie zrobisz z tego miecza czołgu, mimo, że to broń. Znaczy to jest możliwe, ale nie dla was.
  -A dla kogo?
  -Dla potężniejszych Nefilim’ów.
  -To są inni?
  -Nie. Wszyscy są martwi od setek lat. Ty i Vergil jesteście pierwszymi potomkami waszych rodziców od wieków.
  -Oh.  Wracając do miecza. To mam go wyciągnąć?
  -A chcesz? Bo bez chęci nie ma działania.
  -Ja bym nie chciał?
  -Co racja to racja.
Podszedłem do klatki. Biło od niej gorąco, a jednocześnie zimno. Płynna Lawa i Płynna Woda zakręcały się wokoło miecza. Wyciągnąłem rękę. Drżała mi jak nigdy. Bałem się dotknąć  tych cieczy, ale Elizabeth zapewniła mnie, że nic mi się nie stanie. Zamknąłem oczy, wyciągnąłem dłoń, a gdy otworzyłem je, klatki już nie było, zniknęła. Został tam już tylko lewitujący miecz, który świecił teraz niczym laser prosto w moje oczy. Złapałem go w rękę i upadłem. Przed moimi powiekami przewijały się wspomnienia z miejsca, w którym się wychowywałem. Stała tam kobieta, miała blond włosy i niebieskie oczy. Ubrana była w perłową, prostą suknię, a z pleców wyrastały jej potężne, białe skrzydła. Podobne do moich, ale różniły się od tych Elizabeth. Miejsce to wydawało się jakimś pałacem, ale nie takim jak w średniowieczu, bogatym i zdobionym. Był on prosty, Dach był z przeźroczystego materiału, ale nie szkła. Ściany z wieloma oknami wykonane z marmuru ciągnęły się wysoko w górę. Widziałem chłopca o szarych włosach, z którym najwyraźniej walczyłem na patyki. Upadliśmy i się śmialiśmy. W następnym wspomnieniu już go nie było, a ja siedziałem i czytałem jakąś książkę. Potem byłem już w Yang Academy. Tutaj wspomnienia się skończyły, a ja się podniosłem uważając, aby nie upuścić miecza.
  -Dante, twoje włosy są białe! A lewe oko…
  -Co z nim?
  -Zmieniło kolor na czerwony.-powiedziała przerażona dziewczyna.
  -Nie czuje się jakoś inaczej.
Skłamałem. Z miecza wypływała energia. Oczy bolały mnie niemiłosiernie.
  -Powinniśmy pójść rozprostować skrzydła.
  -Jestem za- powiedziałem- ale może najpierw daj i jakąś pochwę na ten miecz, bo nie będę go cały czas trzymał w ręku.
  -Zobaczmy metr długości i 10 cm szerokości, w tej formie. –dziewczyna zaczęła szukać i gdy znalazła powiedziała- Okeeeej myślę, że  ta będzie dobra.
Elizabeth podała mi skórzany futerał. Zdobiony złotem i srebrem. Na czubku wyryte było „Mściciel”
  -No, widzę, że mój miecz jest lepiej „ubrany” ode mnie.
  -Nie przesadzaj, ale pamiętaj nie zmieniaj jego kształtu zanim go wyjmiesz, bo to kosztowne.
  -No okej, zrozumiałem- wsunąłem miecz do pochwy.- chodźmy już.
Elizabeth zgodziła się ze mną, wyszliśmy na powierzchnię. Gdy tylko opuściliśmy szopkę rozłożyliśmy skrzydła, co już tak bardzo nie bolało i wzlecieliśmy ku niebu. Machając skrzydłami poczułem ulgę. Cały ten stres ulatywał ze mnie wraz z nabieraniem wysokości.
  -Musimy już wracać- powiedziała anielica- Wraz z Mary omówimy strategię.
  -Strategię do czego?
  -Do uwolnienia Ventiusa, przydałbyś się tam, ale jeżeli nie chcesz to zostań w pokoju.
  -Okej spasuje, mam dość „narad wojennych” i innych takich, mimo, że na żadnej nie byłem.
  -Rozumiem cię, też ich nienawidzę.
Dolatywaliśmy już o naszego „domu”, gdy nagle ujrzałem dym. Nasza stodoła płonęła… 
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ten rozdział był pisany inną techniką. 


Dedykacje
Alegz, bo mi spokoju nie daje i zabiera zeszyt jak piszę
Elizie, bo jeszcze częściej zabiera mi zeszyt XD
Gejbiemu, który złamał rękę... Biedny... łączmy się w bólu.
Tomkowi, bo czyta moje opo, a tego się po nim nie spodziewałem
Mojemu tacie, który mimo, że przyjeżdża po całym tygodniu pracy na nocną zmianę ma czas przeczytać moje wypociny, poprawić błędy i ocenić, Dzięki Tato! :)
Koniec 

piątek, 17 stycznia 2014

Rozdział VII

5 komentarzy:



        DESMOND POV V
 
Rozdział VII- Ukryta tajemnica.
                               Opadłem z sił. Poczułem jak cała moja energia upływa ze mnie. Po tym wszystkim upadłem na kolana, nie kontrolując tego. Byłem w pełni świadom tego co się dzieje wokół. Nie mogłem się jednak poruszyć.
  -Desmond wstawaj- mówiła moja dziewczyna.
  -Dante nie udawaj!- powiedziała Elizabeth- Umiesz się przecież uleczyć.
Zatkało mnie. Nie rozumiałem o czym ona mówi. Skupiłem się i zmusiłem moje ciało do regeneracji. Usnąłem na kilka minut- przynajmniej tak mi się wydaje. Przed oczami widziałem las, drzewa o bardzo jaskrawym odcieniu liści. Biegały tam zwierzęta . Wydawały się jakby wesołe, zadowolone z życia. Czułem jak przeze mnie płynie energia natury. Otworzyłem oczy byłem w powietrzu, otoczony kulą białego światła.
 „Znowu to samo” pomyślałem
  -Elizabeth zabierz wszystkich naszych i uciekaj!- wykrzyknąłem.
Dziewczyna posłuchała rozkazu i w ciągu kilku sekund już ich nie było. Kula pomniejszyła się, po czym natychmiast, gwałtownie wybuchła zmiatając z powierzchni wszystko w okolicy. Miałem dość tego wszystkiego. Powoli zbliżałem się ku ziemi. Przed dotknięciem jej postanowiłem użyć nowo nabytych umiejętności. Pomyślałem o Anielicy, o tym, że chce się przy niej znaleźć. Chwilę po tym byłem już w powietrzu. Spadałem jednak pionowo w dół, prosto do oceanu.
  -Rozwiń skrzydła Dante!- krzyczała Elizabeth.
  -Nie wiem jak!- krzyknąłem nadal tracąc wysokość.
  -Zrób to jak wszystko inne- pomyśl o tym!
Skupiłem się na tym. Poczułem przeszywający ból. Białe skrzydła wyrosły mi z pleców. Instynktownie poruszyłem nimi. Wzleciałem do góry. Zatoczyłem kilka beczek i śrub.
  -Wow! To jest zajebiste!- krzyknąłem z podniecenia.
Jeśli skakaliście kiedyś na spadochronie to wiedzcie, że to nie jest nawet  połowie tak fajne jak latanie na własnych, anielskich skrzydłach. Plecy nie bolały mnie już tak bardzo, ból był do zniesienia.  Podleciałem do Elizabeth, która leciała trzymając w rękach jednego z wilkołaków- był martwy. Nie było jej trudno, gdyż powrócił do ludzkiej formy.
  -Dante musisz sprowadzić Ventiusa, ta wojna wyniszcza nasze szeregi. Zostało już tylko trzech aniołów włącznie ze mną. Demonów też zostało tylko kilku, tym zajmuje się Mary. Wampirów mamy siedmiu, ale większość jest ranna. Mamy co prawda całą watahę wilkołaków po naszej stronie. Dzięki twojemu kumplowi. Ten tutaj- spojrzała na martwe ciało- był alfą innych,  ale był też moim przyjacielem. Dlatego go zabrałam.
  -Rozumiem, chce wiedzieć tylko dlaczego w moim pokoju są magiczne drzwi do skarbca?
  -Musieliśmy się upewnić. Tylko Nefilim może otworzyć takie drzwi i nie wywołać alarm.
  -Czy wy wszyscy nie możecie używać normalnych słów? Czymże jest ten Nefilim?
  -Nefilim to pół anioł- pół demon. Silvia już ci to powiedziała, a tak poza tym, to gdzie ją wysłałeś?
  -Nie wiem, ale nie interesuje mnie to! Chce się tylko wszystkiego dowiedzieć!
  -Mamy długą drogę do przebycia….- tu się zawahała- Czy mógłbyś nas tam przeteleportować?
  -Ja ledwo teleportuje dwie osoby, a ty mówisz o siedmiu!
  -Dante! Zaczerpnąłeś mnóstwo energii z ziemi! Musi ci się udać!
Elizabeth była stanowcza. Wręcz uparta.
 „Raz kozie śmierć” pomyślałem.
Całe to „skupianie się” jest strasznie nudne, wyobraźcie sobie myśleć najbardziej intensywnie jak tylko umiecie na jeden temat i pomnóżcie to przez dwa. Udało się! Znaleźliśmy się około dziesięciu metrów od naszego „domu”.
  -Myślę, że czas byś poznał prawdę!
  -Tak, jestem gotowy!
Zaszliśmy kilka kilometrów od stodoły, aż w końcu trafiliśmy na małą budkę, jakby schowek na narzędzia. Wiecie kosiarki, sekatory i tym podobne, ale w środku nie było nic takiego. Znajdowały się tam za to noże z żelaza i z srebra, sztylety z tych samych materiałów, miecze z nie znanego mi metalu. Łuki były naprawdę perfekcyjnie wykonane. na kuszach, bełty ślizgały się bez najmniejszego spowolnienia. Pistolety były skałkowe, ale takie niby słabsze, wolniejsze, ale łatwiej nimi zabić. Nie brakowało tam chyba żadnej broni, nawet wyrzutni rakiet, ale nie przyszliśmy tutaj po broń tylko wyjaśnić tajemnice. Zeszliśmy po drabinie do kamiennej i mokrej piwnicy i, o Boże! Nie zgadniecie! Więcej broni, nie było tutaj żadnych świateł ani pochodni, czy czegoś takiego. Jedyna poświata, która rozjaśniała ten pokój pochodziła od miecza, który był jakby za gablotą z wody i lawy jednocześnie.
  -Dante usiądź, bo to trochę dłuższa historia…
Usiadłem, a Elizabeth zaczęła opowieść…
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zacząłem to pisać na angielskim potem na fizyce, a skończyłem na drugi dzień w domu, z dołem. Kaguyi z prawdziwego świata już nie ma (nie, nie umarła).
Dam tylko krótkie podziękowania bez powodów XD
Alegz
Dram
Eliza
Gejbi
Michał
Wszyscy chyba :P

czwartek, 2 stycznia 2014

Rozdział VI

4 komentarze:


Desmond POV IV


                Wiele obrazów przeminęło mi przed oczami, ale ten najważniejszy, który zapamiętałem, to Kaguya. Cóż chyba nie miałem się czym martwić, w końcu była z nią Elizabeth, ona była miła. Ja miałem bliskie spotkanie z demonem, który najwyraźniej był mocno wkurzony. Mary, ta, która mnie tu sprowadziła do miłych nie należała, ktoś musiał ją zranić. Wstałem, obudziłem się w tym samym pokoju, ale nadal nie mogłem się nadziwić, jak oni to zrobili, każdy detal zgadzał się z tym co lubię, tak jakby osoba, która go projektowała znała mnie bardzo dobrze. Jedynie drzwi wyglądały na antyczne, jak gdyby miały więcej niż 1000lat. Przypominały zmniejszone wrota do klatki. Zadałem sobie pytanie.
 „Czy ktoś chce mnie tu uwięzić?”
Było to głupie pytanie, chyba by mnie nie więzili skoro jestem taki ważny. Wstałem z łóżka, podłoga zaskrzypiała pod moimi stopami, ale cóż nowe drewno musi chyba poleżeć trochę zanim się ułoży idealnie. Podszedłem do szafy i zobaczyłem tam bardzo dużo ubrań w moim stylu. Ubrałem się w flanelową koszulę w kratkę i jeansy, lekko przeczesałem moje włosy założyłem buty. Spojrzałem na siebie.
„Co jest ze mną? Kim jestem? Jakim cudem Lulu żyje? Po co tu jestem? Czym jestem?” Pytałem siebie.
Przez dziesięć minut stałem i gapiłem się w lustro, po czym wyszedłem z pokoju. Drzwi były ciężkie. O wiele bardziej masywne niż wczoraj. Otworzyłem je z trudem. Drzwi na pół metra grubości zaskrzypiały.
„Co to jest? Jakim cudem oni zmienili te drewniane drzwi na drzwi od sejfu? Coś tu nie gra” Oto moje myśli wtedy.
Postanowiłem zrobić jedyną rzecz jaka przyszła mi do głowy. Znaleźć Kag. Gdy wyszedłem z pokoju metalowe wrota zmieniły się z powrotem na drewniane i cienkie. Nie wiedziałem co się dzieje, ale pewnie miałem halucynacje, albo nadal spałem. Spytałem jakiejś dziewczyny, gdzie jest Kaguya. Powiedziała, że w pokoju 656… 656…656… Ten sam numer co w akademiku. To musiał być sen, ale poszedłem do tego pokoju, by się upewnić. Korytarz ze zwykłego szarego kamienia był bardzo podobny do tego w naszej szkole. Wreszcie byłem na miejscu, pokój 656. Wszedłem do środka. Na łóżku, które miało zasłonkę siedziała moja dziewczyna, ale to co trzymała w ręku przy twarzy… To była krew…
  -Kag? Co ty robisz?
Rzuciła krwią w szafkę sprawiając, że całe to miejsce było w tym płynie, zeskoczyła z łóżka w trybie natychmiastowym i rzuciła mi się na szyję.
  -Hej, co tam? I o co chodzi z tą krwią?
  -W skrócie? Jestem wampirem, którego zarażono przez jakiś płyn wstrzyknięty do żył, potem znalazła mnie Elizabeth i zaciągnęła tutaj. Powiedziała, że jest z tobą jej wspólniczka czy ktoś taki. Więc nie martwiłam się, bo pewnie była równie miła co ona.
  -Spotkałem Mary, to ona mnie tu przywiozła, ale do Matta Damona to jej duuużo brakuje.
  -Do jakiego Matta?
  -Powiedzmy tyle, jest najmilszą znaną mi osobą. Mary jest Demonem, którego nie chce więcej spotkać. Elizabeth swoją drogą jest bardzo miła. Jest Aniołem.
  -Aha, a ty kim jesteś? Spałeś w pokoju, w którym światło zawsze się paliło. Przynajmniej tak mówiła Silvia. A ten pokój był szykowany dla „kogoś ważniejszego niż ja”
-Nie wiem, wiem tylko, że jestem synem jakichś władców i, że jednego z nich wygnano za to.
  -Czyli wiesz tyle co ja... Jest teraz piąta rano, o szóstej mam mieć trening „Jak zdobywać krew”, więc mamy godzinę dla siebie. Co robimy?
  -Chwila, czyli to nie jest sen i naprawdę jesteśmy w pokoju 656?
  -No co w tym dziwnego?
  -Nasz pokój w akademiku miał ten sam numer! Poza tym to miejsce jest na małe, żeby mieć tyle pokoi!
  -Może mają podziemia? Ale, gdyby się zastanowić to jest to trochę dziwne.
  -Dobra mniejsza o to, porwali cię cztery dni temu, myślałem, że jesteś u tych agentów. Szukałbym ich, gdyby nie to, że Mary mi powiedziała, że tu jesteś. Martwiłem się o ciebie, a ty byłaś cały czas tutaj.
  -Tak naprawdę to po tym jak mi wstrzyknęli to coś obudziłam się wczoraj, i dzisiaj przespałam pierwszą noc tutaj.
  -A wiesz kim byli ci agenci?
  -Niewiele, wiem tylko, że to wrogowie tych tutaj i, że nie są z FBI.
  -Może oni są jak my?- Inni. Tylko dążą do innego celu. Musimy znaleźć Elizabeth.
  -Jestem za. Chętnie zadam jej kilka pytań.
  -Wiesz gdzie ona jest?
  -Silvia na pewno wie.
  -Kim jest ta Silvia?
  -Ona jest moją „trenerką”, bo też jest wampirem.
  -Okej znajdźmy ją, tylko szybko.
  -Ona chyba czyta mi w myślach.
  -Czemu tak myślisz?
  -Bo stoi za tobą.
Odwróciłem się stała tam dziewczyna o smukłej figurze. W ręku trzymała sztylet, który był cały ubrudzony jeszcze świeżą krwią.
  -Czy ty zawsze musisz mieć ze sobą ten nóż?- Powiedziała Kag.
  -Tak, to dla bezpieczeństwa, a teraz czego chcesz? Jest jeszcze niecała godzina do treningu. -Odparła
  -Gdzie jest Lizzy?
  -Poleciała na polowanie.
  -Gdzie?- Wtrąciłem
  -Do Szkocji. Tam jest kryjówka wampirów zdrajców. Poza tym widzę, że nasz Dante się obudził.
  -Mam na imię Desmond, a nie jakiś Dante!- Powiedziałem, a moja dziewczyna przytaknęła.
  -Twoi prawdziwi rodzice cię nazwali Dante. Jesteś synem Megan i Veniusa.
  -Kogo?- Spytałem, spodziewając się odpowiedzi.
  -Królowej Aniołów oraz króla Demonów, który został wygnany na wieczne katusze, za zdradę.
  -Kogo zdradził?- Głupio zapytałem.
  -Demony! Swoich podwładnych, niektórzy byli od niego potężniejsi, ale mu służyli, z powodu krwi, ale gdy zdradził, to wszyscy się na niego rzucili i nie miał szans.
  -Czyli, że osoby, z którymi się wychowałem, nie są moimi prawdziwymi rodzicami?
  -To są fałszywe wspomnienia, wychowała cię Megan, ale sprowadziła na Ziemię, aby cię chronić.
  -Chronić przed czym?
  -Przed Demonami, one będą chciały cię zabić, zwłaszcza teraz, gdy wszystko wiesz. Musisz odnaleźć twego ojca i go uwolnić. To jest to do czego jesteś nam potrzebny. Tylko Anioł może zabić anioła, ale demona może zabić nawet śmiertelnik, Veniusa strzegą największe, najsilniejsze demony jakie istnieją. My nie mamy szans ich zabić, ale ty tak. Musisz go uwolnić. On musi się zjednoczyć z twoją matką. To jest bardzo ważne. Potraktuj to jako cenę życia i śmierci.
  -Nie boję się śmierci.
  -I słusznie, w takim razie potraktuj to jako cenę życia i śmierci Kaguyi.
  -Nie tkniesz jej!
  -Nie martw się, nie ja. Są inni.
  -Powiedz mi jedno.-wtrąciła moja dziewczyna- jak zabić wampira.
  -Musisz odciąć mu głowę żelaznym narzędziem. Tylko to zadziała.- powiedziałem.
  -Skąd to wiesz?- Spytała Silvia.
  -Nie wiem, samo przyszło. A teraz ODEJDŹ!-wykrzyknąłem, a Silvia rozpłynęła się w błysku białego światła- Co ja zrobiłem?
  -Nie martw się, nic jej nie będzie.
  -Skąd wiesz?
  -Przeczytałam kilka książek, bo nie mogłam zasnąć. Teleportowałeś ją tylko gdzieś, ale nie mam pojęcia gdzie.
  -Przynajmniej ją mamy z głowy. Hej! Mam pomysł.
Przytuliłem Kag i pomyślałem o Elizabeth o tym, że chce ją odnaleźć.
  -Trzymaj się- powiedziałem.
Oślepiło nas białe światło, ale udało się. Pojawiliśmy się przy Elizabeth, która właśnie odcinała głowę wampirowi.
  -Niech zgadnę, żelazo?- Spytałem zdyszany.
  -Hej, co tu robicie. Jak się tu znaleźliście?
  -Nic wielkiego tylko teleportacja.-odparłem sarkastycznie.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Chyba mój najdłuższy rozdział, pisałem go o 1 w nocy i chce mi się spać, ale wstawiam go jeszcze przed snem.
Dedykacje.
Dziękuje Alegz, gdyż to ona mnie ciągle motywuje, żebym pisał i jak zawsze ma najdłuższe dedyki.
Malwinie, za to, że dzięki niej wymyśliłem Kaguyę.
Dram, bo mi nie daje spokoju i każe pisać bez przerwy.
Merr, którą chce przeprosić za sprawę z błędnym imieniem miało być Mary, a nie Merr
I wszystkim, którzy to czytają, bo to dla was piszę.
Koniec dedykacji.

sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział V

4 komentarze:



         Desmond POV III
 

                Zaczęliśmy przygotowania. Siedzieliśmy w ciszy, ostrzyłem moje noże, które wyciągnąłem z martwych ciał tych ścierw z FBI. Były całe zakrwawione, ale nie przejmowałem się tym. Lelouch wyszedł właśnie na wyższe piętro po jego pistolet, który niestety nie miał amunicji.
  -Cholerne gnoje. Musimy się zbierać- powiedział Lelouch wróciwszy do mnie
  -Zgadzam się, ale daj mi jeszcze minutkę. Muszę to wszystko przemyśleć.
  -Pierdoleni agenci, prawie mnie zabili.
  -To nie byli agenci, przynajmniej nie tego o czym myślicie- Odezwała się jakaś dziewczyna w skórzanej kurtce.
Wyglądała na 17 lat, włosy były nie równe, zwisające do ramion i odstające w każdą stronę świata. Brązowe oczy zdawały się martwe, jak gdyby widziały śmierć setki razy. Dziewczyna stała z sztyletem w ręce, wydawał się on tępy, ale mógłby zabić. Dumnie opierała się o ścianę. Była szczupła i wysportowana. Pod wpływem chwili, obracając się tylko przez prawe ramie rzuciłem w nią nożem. Była to głupia decyzja. Nastolatka zdążyła schować swój sztylet do małej pochwy przy pasie, złapać mój nóż i go odrzucić. Widok jej w ruchu byłby niesamowity gdyby nie to, że… Wbiła mi sztylet w ramię, ale jakimś cudem to nie zabolało. Zadziwiony wyciągnąłem własną broń z ramienia- nic, zero bólu, ani kropli krwi, nawet odrobiny.
  -Co jest- spytałem
  -Więc to jednak prawda. Jesteś nim. Tym, który nam pomoże.
  -Pomoże? W czym? I co się ze mną dzieje?
  -Musimy jechać.
  -Czekaj, najpierw Kaguya.
  -Ona jest już na miejscu. Jest z Elizabeth, w bezpiecznym miejscu, w które musimy się udać.
  -Nie wiem czy można ci ufać, możesz być jedną z Nich.
  -Zapewniam cię, że nie jestem. A teraz tak z innej beczki, gdzie jest twoja wataha Lelouch?
  -Wa-wataha? Ale co masz na myśli?- Odpowiedział mój skołowany przyjaciel.
  -Jesteś Alfą, nie pamiętasz?
  -Alfą? Jak wilki?
  -Tak, tylko, że wilkołaki, jesteś jednym z nich. Pewnie Beta stada cię szuka.
  -Ale, wilkołaki? Jak w tym głupim filmie? Zamieniały się w wilki?
  -Nie, chodzi tutaj o prawdziwe wilkołaki, takie zmieniające się  podczas pełni, i nie tylko, rzadkie osobniki miewają sierść, ale ty jak widzę nie masz. Są to pół ludzie, pół wilki. Nie kontrolują zmiany.
  -Ee, możesz mi to wszystko kurwa wytłumaczyć?
  -Mogę, ale na razie musimy jechać. Już wiem skąd ten cały napływ wilkołaków u nas.
  -Gdzie chcesz jechać?- wtrąciłem się do rozmowy
  -Jak to gdzie? Do obozu. Tam wszyscy ci, którzy chcą dołączyć się zbierają i trenują.
  -Ale kto powiedział, że chcemy dołączyć- Stanowczo odparłem
  -Słuchaj dzieciaku, mam gdzieś to czego chcesz, pakuj się do tego samochodu- wskazała na czerwonego fiata-  Jeżeli chcesz zobaczyć swoją niunię, to nie kłóć się ze mną i chodź.
Zgodziłem się, bo bałem się o Kag. Była dla mnie naprawdę ważna. Martwiłem się o nią. Wsiedliśmy do samochodu, jechaliśmy przez ciemny las, minęliśmy kilka wiosek i miast. Trwało to kilka godzin, więc musiałem wypytać dziewczynę o… wszystko.
  -Powiedz mi, jak się nazywasz.
  -Jestem Mary Archer, mam 17lat-Ha! Zgadłem- Jestem przywódczynią „wyrzutków”.  Tyle musisz wiedzieć.
  -Jesteś bardzo tajemnicza. Poczekaj wyrzutków?
  -No wiesz, wilkołaki, wampiry, i inne takie stwory
  -A ty kim jesteś?
  -Jestem Demonem, a Elizabeth jest Aniołem.
  -Nie trudno zgadnąć, ale kim jest ta Elizabeth?
  -Nie twoja sprawa. Dowiesz się jak będziemy na miejscu.
  -Czyli kiedy?
  -Za dziesięć minut.
  -Już? Tak szybko?-spytałem sarkastycznie.
  -Będziemy musieli jeszcze przejść kilometr w las.
  -Świetnie po prostu.
  -Zamknij się.
 „Ta dziewczyna przypomina mi siostrę, której nigdy nie miałem”- Pomyślałem.
Szliśmy ciemnym lasem chyba z pięć minut, aż w końcu dotarliśmy do wielkiej…. Stodoły, nie jestem jakimś znawcą, więc powiem tylko, że była drewniana. Była noc więc czułem się zmęczony.
  -Chodź odprowadzę was do waszych pokoi- powiedziała przyjaźnie nastawiona, troskliwa dziewczyna. Była całkowitym przeciwieństwem Mary.
  -Ty musisz być Elizabeth.
  -Tak, skąd wiesz?
  -Domyśliłem się… Więc jesteś Aniołem?
  -To też się domyśliłeś?
  -Mary mi powiedziała.
  -Aha, no okej. Tutaj jest twój pokój Lelouch, nie mylę się?
  -Tak, dla przyjaciół Lulu- powiedział mój przyjaciel.
  -Dobranoc- Powiedziałem i poszliśmy dalej.
  -Twój pokój jest na samej górze. Tam zawsze było zapalone światło, dla ciebie.
  -Czemu jestem taki ważny?
  -Jesteś bardzo potężny. Jesteś synem władców, jednego z nich przez to wygnano. Dowiesz się wkrótce.
Wszedłem do pokoju, był taki, jaki zawsze chciałem, zielone ściany z sufitem ze szkła, abym mógł patrzyć na gwiazdy, obrazy wojny i tego podobnych były rozwieszana na ścianach. Łóżko proste, ale bardzo wygodne. Podłoga była wykonana z jeszcze pachnącego drewna, meble również. Położyłem się na łóżku myśląc o całym dzisiejszym dniu, o tym jak miały to być tylko przygotowania do randki, o tym, jak zaatakowali nas agenci, o śmierci i ożywieniu Lulu oraz o tym, że jutro spotkam Kaguyę. Usnąłem dopiero około pierwszej w nocy. Śniła mi się masa rzeczy, aż trudno sobie wyobrazić ile. O wiele za dużo jak na jedną noc…

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Krótki, ale miałem taką wenę. 
Podziękowania
Po pierwsze chciałbym podziękować Alegz za to, że mnie motywuje i nie pozwala przestać pisać.
Po drugie Dram za to, że też mi nie pozwala przestać i ciągle gada "przeczytaj ten prolog"
Elizie, która się focha.
Van, bo mi wysyła rysunki.
I innym za to, że mi spamią.
Opowiadanie wzorowane jest na "Supernatural". Pisząc ten rozdział słuchałem piosenki Kansas, a mianowicie "Carry on my Wayward son"

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Rozdział IV

1 komentarz:






              Kaguya POV II




                Obudziłam się w pokoju o kolorze obsydianu. Czułam się zmęczona, starałam się podnieść, ale mówiąc najprościej- nie mogłam. Postanowiłam się rozejrzeć. Pomieszczenie było mroczne, ale w tym samym stylu, jak wystrój stodoły, czy czymkolwiek był ten budynek. Wszędzie było pełno drewna, skór i… kości. Jednym słowem- przerażające.
  -O obudziła się nasza śpiąca królewna- odezwała się jakaś dziewczyna i pomogła mi wstać.
  -Dzięki, ale kim jesteś?
  -Jestem Silvia, więcej wiedzieć nie musisz. A propos, leżysz tu już trzy dni. Nie jesteś głodna?
  -Trochę, macie jakieś kanapki?
  -To jeszcze nie wiesz? Dobra powiem ci później- powiedziała i wróciła do polerowania noża.
Byłam zamieszana, nikt nie chciał mi nic mówić. Żyłam jakimś cudem, jeśli to co mówiła Elizabeth było prawdą to znaczyło, że wiele ludzi musiało zginąć przede mną.
  -Gdzie jest dziewczyna, która mnie tu przywiozła?
  -Wyjdź z tego pokoju, korytarzem w lewo, 3 drzwi po prawej.
  -Kim właściwie jesteś?
  -Tym samym co ty. Idź znajdź Lizy
Nie pytałam. Po prostu wyszłam. Korytarz wyróżniał się od reszty budynków. Był cały z kamienia. Najwyraźniej marmuru. Biały marmur był wymieszany ze złotem.
„Muszą być bardzo bogaci. W końcu złoto i marmur piechotą nie chodzą”- Pomyślałam.
Nie widziałam żadnego drewna, co wydało mi się dziwne, ale nie ja to projektowałam. Gdy już dotarłam do drzwi, które nie były duże, ale straciłam już pojęcie o wielkości rzeczy po tym wszystkim. „Mam już tego dość”- Stwierdziłam w myślach.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Elizabeth.
  -Hej, możesz mi powiedzieć co się stało?
  -Przebywałaś za długo na słońcu. Jeszcze kilka minut i byś się usmażyła.
  -To dzięki za pomoc?
  -Nie ma za co- Uśmiechnęła się
  -Możesz mi teraz wytłumaczyć o co z tym wszystkim chodzi i kim lub czym ja jestem?
  -Wolisz wersję krótszą czy dłuższą?
  -Krótszą poproszę.
  -No więc jesteś wampirem.
  -COOOOOOOOOOOO?- Krzyknęłam. Byłam bardzo zdziwiona i zbulwersowana.
Wybiegłam z tego pokoju. Musiałam pomyśleć, a raczej uspokoić się. Zaczęłam szukać wyjścia. Minęłam piętnaście osób, które się ze mną witały. Nie zwracałam na nie uwagi. W końcu znalazłam wrota, którymi chciałyśmy wcześniej wejść. Nie zważałam na słońce. Po prostu wybiegłam stamtąd i pognałam przed siebie. Potykałam się o korzenie, ale nie zatrzymywałam się. Potem zmęczona po około 3 km sprintu zatrzymałam się przy wielkim drzewie. Wdrapałam się na nie. Gdy byłam już wystarczająco wysoko, usiadłam na gałęzi. Zagłębiłam się w myślach. Nie zauważyłam kiedy minęły cztery godziny. Nie wiedziałam dlaczego, ale bolały mnie zęby. Postanowiłam wrócić do tego „domu”, bo chyba mam tam zamieszkać. Tym razem powoli zaczęłam schodzić z rośliny.
  -Hej, wiesz, że się robi ciemno?- Odezwała się Silvia- Nie powinnaś oddalać się, są tu inne istoty
  -istoty?
  -No wiesz, wampiry, wilkołaki, duchy, demony, anioły i inne takie.
  -Aha?
  -Chodźmy już do domu. Przygotowaliśmy ci pokój.
  -No okej, ale obiecaj mi coś.
  -Dawaj.
  -Jutro masz mi wszystko wyjaśnić.
  -Tylko jeśli pobiegniemy
Zgodziłam się i w tym samym momencie odezwał się mój żołądek.
  -Nadal jestem bardzo głodna
  -O, prawie zapomniałam. Trzymaj. –powiedziała rzuciwszy mi woreczek z krwią- Ale to już ostatni, będziesz musiała sama polować.
  -Na co?
  -Biegnijmy, jutro ci wyjaśnię, obiecuję.
Biegłam najszybciej jak potrafię, widziałam kilka sów, ale nic więcej. Na szczęście. Cała zdyszana po tym sprincie zatrzymałam się. Dom wyglądał teraz pięknie, większość pokoi była teraz rozświecona, prócz mojego. Jak pomyślałam.
  -Mylisz się.
  -Co ty teraz czytasz w myślach?
  -To jest pokój zarezerwowany dla kogoś ważniejszego niż ty, a on może się niedługo pojawić.
  -Kto to?
  -Ktoś kogo znasz. Więcej nie mogę ci zdradzić. Mery i Elizabeth mi zabroniły.
  -Kim jest Mery i dlaczego ci rozkazuje?
  -One są naszymi „przywódczyniami”.
  -Teeeraz na pewno rozumiem. Dobra zaprowadź mnie do pokoju. Chce mi się spać.
Kłamałam po prostu chciałam być sama.
  -Okej chodź za mną, ale pamiętaj, że masz o 6 rano wstać.
  -O której? Powaliło cię już konkretnie.
  -Śmieszna jesteś, przyzwyczaisz się, a i jutro nauczę cię palować, tak jak mnie nauczył mój przyjaciel, pamięć jego duszy.
  -Nie żyje?
  -Żyje, ale już nie długo. Gdy tylko go wytropimy to go zabije.
  -Co on wam zrobił?
  -Zdradził. Nie chce o tym gadać.
  -Okej, ale nauczysz mnie?
  -Jeżeli nie będziesz się tego bała.
Nie chciałam już pytać.
  -No to jesteśmy.
Śpij dobrze.
  -Branoc
Weszłam do swojego pokoju, był czarny, ale nie w kolorze pustki, raczej w kolorze nocy. Wszędzie były rozwieszone skóry. Usiadłam na mahoniowym łóżku z czerwoną pościelą i niebieską zasłoną. Trochę nie w moim stylu, ale cóż, nie mam wyboru. Gdy tak siedziałam przypomniałam sobie o woreczku z jeszcze ciepłą krwią. Zaczęłam ją pić. Czułam się coraz lepiej, ale zęby bolały mnie coraz bardziej. Bałam się o samą siebie. Lecz, gdy piłam wszystkie troski odchodziły na bok, ciepła krew sprawiała, że się odprężałam.
„Okej, wystarczy tej krwi, zostawię sobie na noc”- Pomyślałam

Usnęłam. Nic mi się nie śniło, a było to najbardziej dziwną rzeczą jaka by mi się przydarzyła, przed tym wszystkim….

wtorek, 3 grudnia 2013

Rozdział III

2 komentarze:








          Kaguya POV I
 
  


              Widziałam Desmonda, zbiegał po schodach. Próbował mnie ratować. Nie miał dobrej kondycji, ale ani razu się nie zatrzymał. Ujrzałam postrzelonego
  -Bierz te łapska ode mnie- wykrzyknęłam do faceta w czerni
  -Siedź cicho
Agent nie miał zamiaru mnie puścić. Zostałam zmuszona wejść do samochodu, albo umrzeć. Ostatnim co zobaczyłam był Desmond zabijający pięciu mężczyzn. Dokonał niemożliwego, nigdy nie potrafił trafić w 10-cio metrowy cel, a co dopiero wspominać o rzucie między oczy pięcioma nożami naraz. Potem założyli mi jakiś czarny worek na głowę. Nic nie widziałam. Jakiś męski głos powiedział mi żebym się uspokoiła i nie ruszała. Więc zrobiłam najmądrzejsze co przyszło mi do głowy, zaczęłam się rzucać po całym samochodzie.
  -Skoro nie chcesz po dobroci to będzie po złości- odezwał się ten sam głos
Dwie osoby mnie trzymały, w tym momencie facet wbił mi chyba największą możliwą igłę w rękę. Czułam jak jakiś płyn krąży w moich żyłach. Nie była to już moja krew. Zemdlałam…
  -Obudź się – powiedział jakiś ciepły nieznany mi kobiecy głos
  -Co? Gdzie? Jak? Co się dzieje?
  -Spokojnie to tylko ja… Elizabeth
  -Kto? Nie znam cię. Gdzie ja jestem?
  -Wszystko ci wyjaśnię, ale nie teraz. Nie mamy czasu
Nie czekałam na wyjaśnienia. Nie potrzebowałam ich. Coś mi się stało. Ledwo chodziłam, moje ciało stało się ciężkie, nie kontrolowałam go. Ta kobieta mi pomogła, ale nadal było ciężko.
  -Aua, co mi się stało
  -Zostałaś zainfekowana. Niebezpieczny wirus
  -Wirus?
  -Coś w tym sensie. Nie bój się, to oznacza, że jesteś wyjątkowa.
  -Wyjątkowa? –Powtórzyłam
  -Tylko jedna osoba na dziesięć milionów może być zainfekowana i przeżyć.
  -Czyli cały ten magazyn, śmierć Lulu- Zawiesiłam głos, warga mi drżała, dopiero teraz sobie uświadomiłam, że straciłam najlepszego przyjaciela- Były po to, żeby mnie złapać?
  -Zrozum nie jesteś już człowiekiem, przynajmniej nie w pełni.
  -Jak to? Odpowiadaj na moje pytania
  -Nie mamy czasu, zaraz nas znajdą
  -Kto?
  -Ci, którzy cię porwali
  -FBI?
  -To nie jest FBI
Zadawałam jeszcze wiele pytań w stylu „kto?, co?, jak?, kiedy?, dlaczego” i tak dalej. Doszłyśmy do samochodu.
  -Umiesz otworzyć? -Spytałam
  -Oczywiście, ale nie jeśli będziesz na mnie wisieć
  -Przepraszam
  -Nie ma za co. Za jakieś pół godziny twój organizm powinien się przyzwyczaić…
  -Do tej… choroby?
  -Wszystko w swoim czasie. A póki co opowiedz mi o sobie.
  -Nie ma co opowiadać. Mam na imię Kaguya, a nazwiska nie znam, moja matka nie żyje, ojciec też. Od dziesięciu lat byłam w domu dziecka. Znalazłam się w tej szkole dzięki stypendium. Mam 14 lat  i zostałam zarażona jakimś dziwnym wirusem, o którym nic mi nie wiadomo.
-Oh, no dobra moja kolej. Nazywam się Elizabeth Shelley. Jestem Agentką od spraw…Paranormalnych… Mam 17lat. Tyle na razie musisz o mnie widzieć.
Nic nie widziałam, więc nie mogłam stwierdzić czy mówi prawdę, niżeli kłamie. Byłam zdenerwowana, ale nie wiem czemu ta dziewczyna mnie uspokajała, niwelowała od niej dobroć i ciepło i troska o mnie, ale denerwowało mnie to „Agentka od spraw Paranormalnych”
  -Otworzyłam… Wsiadaj szybko- teraz jedyne co było po tym słychać to euforia.
Wsiadłam do samochodu.
  -Jedźmy już
Jechałyśmy w ciszy. Po piętnastu minutach stałam się bardzo głodna, więc postanowiłam spytać Elizabeth czy coś ma.
  -Umieram z głodu, masz coś do jedzenia? Błagam, powiedz, że tak
Wyciągnęła jakąś srebrną… torebkę? Nie jestem pewno co to było, ale przypominało opakowanie z mlekiem czekoladowym, więc wyciągnęłam szybko ręce i zaczęłam pić. To była najlepsza chwila mojego życia, płyn był pyszny, „niebo w gębie”- pomyślałam.
  -Czym jest ten niebiański napój?
  -To krew 0Rh-
  -Krew? Dałaś mi krew do picia?
Wyplułam wszystko na fotele samochodu i spojrzałam na Elizabeth. Miała kruczo czarne włosy upięte w kitkę i ciemnobrązowe oczy. Jej twarz była owalna.
  -A co nie smakuje? –spytała- Jeżeli nie to oddaj
Trudno było mi to przyznać, ale nigdy nie piłam czegoś lepszego
  -Spadaj, to moje
  -Typowe zachowanie jak na trzeci dzień zarażenia
  -TRZECI?- Naprawdę zmieszana krzyknęłam
  -O już prawie jesteśmy na miejscu
  -Nie zmieniaj tematu… Ale o co ci chodzi przecież to pustkowie.
  -Musisz się jeszcze wiele nauczyć, zabieram cię w miejsce, gdzie wszystko zrozumiesz.
Gwałtowny skręt w lewo sprawił, że wylałam resztę płynu na siebie.
  -Masz jeszcze trochę? Błagam.
  -Okej, ale to tylko troszeczkę, bo niebezpiecznie jest dawać krew tak niedoświadczonemu…   zarażonemu.
Czułam, że dziewczyna nie chce użyć jakiegoś słowa, żeby mnie nie wystraszyć. I gdy znów miałam napój  w buzi zrozumiałam pewną rzecz…
  -Co z Desmondem?
  -Kim? Masz na myśli Dante?
  -Kogo? Kto to Dante?
  -Ty nic nie wiesz? No, cóż, on chyba sam tego nie wie, ale będzie się musiał dowiedzieć, w końcu jakoś uratował Leloucha, biedula nadal myśli, że to ta fioletowa ciecz.
  -Wszystko zrozumiesz, gdy będziemy na miejscu.
  -Wszystko zrozumiesz, gdy będziemy na miejscu. – Powtórzyłam zdenerwowanym głosem- Czy musisz to ciągle powtarzać?
  -Tak, muszę, bo gdybym tego nie zrobiła to byś mnie nie słuchała.
  -Niech ci będzie.
Na szczęście miałam krew, bez niej chyba bym nie wytrzymała, ale nie rozumiałam co się ze mną dzieje, nie było to przyjemne. Czułam się jakbym była jakimś wampirem, ale przecież one nie istnieją.
  -Jesteśmy na miejscu –Powiedziała Elizabeth
  -Nareszcie
Byłam bardzo podekscytowana, ale gdy otworzyłam oczy zobaczyłam tylko drzewa.
  -Co to ma być?
  -Kamuflaż, a niby co? Nie, no, żartuje. Mamy jeszcze kilometr do przejścia.
  -Ale z ciebie złośnica.
  -No wiem, bo to ja.
  -Lepiej już chodźmy.
  -No powinnyśmy.

Poszłyśmy między drzewami. Poruszałyśmy się powoli. Po 10 minutach zobaczyłam… wielką stodołę. Była z świerkowego drewna, miała metalowe, wyglądające na żelazo umocnienia. Widać było też trochę mahoniowych desek. Dwuspadzisty dach z czerwonymi dachówkami zdawał się zapadać na nas. Wielkie wrota, jeszcze większe od tych w magazynie. Wokół budynku były rozstawione tarcze, bieżnie i tory terenowe. Podeszłyśmy do drzwi. W tym momencie zemdlałam…
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No nie chcecie komentować :(
Dzisiejszy rozdział dedykuję:
Malwinie za to, że jest i ciągle pyta kiedy rozdział.
Elizie, która mnie trolluje i ma doła (Wyjdź z doła)
Aleks za to, że mnie inspiruje.
I wam za to, że czytacie (szczerze nie jestem tego pewny :( )

niedziela, 1 grudnia 2013

Rozdział II

Brak komentarzy:


Desmond POV II
 



                Zbliżały się moje urodziny… Czas odwiedzin moich rodziców. Minęły już dwa miesiące odkąd jesteśmy parą z Kaguyą. Razem z Lelouchem i jego dziewczyną –Aiko Choi… Miała czarne kręcone włosy i zielone oczy- już od dawna planowaliśmy podwójną randkę. Został tylko tydzień więc myśleliśmy nad miejscem, gdzie można byłoby urządzić takie spotkanie. Padło na magazyn, w którym zawsze się spotykaliśmy, gdy się poznaliśmy… No zanim pojawiła się Aiko, ale nie mam jej tego za złe, bo Lulu był szczęśliwy, a gdy on jest to i ja. Wraz z Kaguyą, Lelouchem i Aiko poszliśmy do magazynu. Czerwony ogromny budynek zdawał się wyglądać inaczej… Znacznie inaczej. Został odnowiony i było to widać. Popękane ściany, były naprawione i pomalowane, a dziurawy dach- załatany. Ogromne metalowe drzwi niczym wrota, były zamknięte, co tym bardziej nas zdziwiło, ponieważ zawsze były otwarte. Postanowiliśmy wejść wejściem, które znaliśmy tylko ja i Lelouch. Pobiegliśmy na tyły magazynu. Odszukaliśmy zakopaną klapę od tunelu i weszliśmy…
  -Des ciemno tu- Zamartwiała się moja dziewczyna- Może stąd wyjdziemy?
  -Nie martw się Kag złap mnie za rękę – odpowiedziałem
  -D-dobrze, ale mnie nie puszczaj – powiedziała Kaguya
Nagle było słychać tylko dwa głosy- Lulu i Aiko
  -Uważaj jak leziesz- Krzyknęła dziewczyna Leloucha
  -Przepraszam, to nie moja wina- odparł Lulu
Poszliśmy dalej. W ciemności wydawało się, że ten tunel nie ma końca, ale po kilku minutach doszliśmy do kolejnej klapy.
  -No to jesteśmy- powiedziałem- Oto sekretne wejście do magazynu
  -To spróchniałe… coś? –spytała Aiko
  -Nie wybrzydzaj sknero – odpowiedziałem żartobliwie – zaraz otworzymy drzwi.
  -Hej, to nie było miłe – powiedział Lelouch.
  -Dobra, dobra. Mniejsza z tym, otwórzmy tą klapę… - powiedziałem i podszedłem bliżej.
Otworzyłem powoli pokrywę, bo miałem złe przeczucie, że ktoś tam jest.
  -Cicho- wyszeptałem- bądźcie cicho chociaż przez chwilę
Rozejrzałem się po magazynie. Ujrzałem jednego mężczyznę. Wyglądał na około 34lata. Kiwnąłem głową na Lulu. Chyba się domyślił o co mi chodzi, bo wyskoczyliśmy w tym samym momencie i pognaliśmy ku mężczyźnie. Codziennie ćwiczyliśmy sztuki walki więc rzuciliśmy się na człowieka w garniturze. W jednym momencie mężczyzna przerzucił nas i leżeliśmy na ziemi. Moja dziewczyna zrobiła coś niespodziewanego- rzuciła w niego nożem, moim nożem, który musiał mi wypaść z kieszeni, bo zawsze mam przy sobie nóż na wszelki wypadek. – Trafiła go prosto w czoło.
  -Nic ci nie jest? - spytała Kag
  -Nie, gdzie się nauczyłaś rzucać? – spytałem oszołomiony
  -W czasie jak ty z Lelouchem się wygłupialiście z tymi „sztukami walki” to brałam sobie twój nóż i rzucałam w ścianę… - powiedziała- nigdy nie widziałeś dziur za szafą?
  -Nigdy tam nie zaglądam – nadal oszołomiony odpowiedziałem – Lulu, a ty?
  -Nie – krótka odpowiedź przyjaciela mi wystarczyła
Schowaliśmy ciało mężczyzny, Lelouch był roztrzęsiony, próbowaliśmy go opanować. Po pewnej chwili, gdy się opanował powiedział, że nikt nie może się o tym dowiedzieć. Zgodziliśmy się z nim, a Aiko była wściekła. Kaguya wyprowadziła ją na zewnątrz, a ja i mój przyjaciel postanowiliśmy wspiąć się na bramę, ponieważ tam był rygiel. Lulu prawie spadł więc kazałem mu zostać. Drzwi były bardzo śliskie i mokre, ale nie poddałem się. Gdy byłem już na szczycie mogłem dotknąć sufitu. Złapałem za dźwignię, przeskakując dwa metry nad przepaścią. Cieszyłem się, że moja dziewczyna tego nie widzi, bo chyba, by dostała zawału. Mój przyjaciel zrobił to samo, a drzwi się otworzyły. W tym momencie zamarłem… Stała tam moja dziewczyna, trzymał ją facet w takim samym garniturze jak mężczyzna, którego zabiła…
   -FBI – pomyślałem – Ale czego oni od nas chcą?
   -Zejdź stamtąd, a nic jej się nie stanie – powiedział koleś wyglądający na szefa przez megafon
-Czego od nas chcecie ? – spytałem wnerwiony
  -Jesteście w magazynie FBI, jeżeli go nie opuścicie to ją zabiję –odpowiedział mężczyzna
Zeskoczyłem z dźwigni i wylądowałem na drugim piętrze magazynu. Nogi miałem jak z waty, a ręce mi się trzęsły jak nigdy dotąd. Zszedłem tym razem po schodach. Miałem pewną broń ukrytą w magazynie, ale bałem się jej użyć, bo Kag była w niebezpieczeństwie. Gdy doszedłem już na sam dół Kaguya siedziała w samochodzie, który właśnie odjeżdżał.
  -Gdzie ją zabieracie? – krzyknąłem
  -Tam, gdzie jej nie znajdziesz – powiedział z uśmiechem agent FBI
Pobiegłem w miejsce ukrycia tajnej broni… Moich noży do rzucania. Złapałem 5 i rzuciłem nimi w facetów w garniturach. 5 noży? 5 trupów… Mężczyzna przypominający szefa niestety uciekł.
  -Lelouch, LELOUCH – krzyknąłem i zobaczyłem mojego najlepszego przyjaciela całego w krwi. – Nie,                                                   nie, nie to nie może być prawda.
Wyciągnąłem fiolkę z jakimś fioletowym płynem, który dostałem w zeszłym roku od nauczyciela. Na buteleczce pisało „Gdyby ktoś był ranny. Używać w nagłych przypadkach” Nie wiedziałem jak tego użyć, więc po prostu wlałem mu to do ust. Zacząłem szukać jakiś bandaży. Nic nie znalazłem więc rozdarłem własną koszulkę i zacząłem tamować upływ krwi z klatki piersiowej Leloucha, kula nie trafiła w serce, ponieważ jeszcze biło. Po 10 minutach rana dziwnym sposobem się zagoiła, a Lelouch? Wstał jakby nigdy nic.
  -Co jest? – spytał – Gdzie Kag i Aiko?
Nie zastanawiałem się, ale nigdzie nie widziałem dziewczyny mojego przyjaciela.
  -Zdradziła nas – powiedziałem
  -Kto? –spytał Lulu
  -Aiko! –Powiedziałem
  -Niemożliwe! O co ci chodzi? – powiedział zdenerwowany Lelouch – I dlaczego jesteś bez koszulki ?
  -Było tutaj FBI. Zabrali Kag, a twoja dziewczyna gdzieś zniknęła- powiedziałem
  -Ale czemu jesteś bez koszulki? – spytał Lulu
  -Postrzelili cię w klatkę piersiową. – powiedziałem starając się uspokoić przyjaciela- Musiałem jakoś zatamować krwawienie
  -Ale nie mam żadnej dziury – stwierdził Lelouch
  -To dzięki temu dziwnemu płynowi – pokazałem mu już pustą fiolkę- Ona cię wyleczyła.
  -Skąd ją miałeś? – zapytał
  -To teraz nieważne, musimy odbić Kag…
_________________________________________________________________________________
Tym razem krótszy rozdział. Z dedykacją dla Malwiny <3 . Ludzie proszę oceniajcie :) .